| Nr 31 (1138) 30 lipca 2010 |
| FELIETON |
| Mołdawskość |
| Wersja do druku | Marek Jan Chodakiewicz |
Mołdawskość powinna oznaczać kulturę Mołdawii opartą na jej rumuńskich korzeniach, z naleciałościami słowiańskimi, tureckimi i tatarskimi. Ale może też oznaczać rusyfikację i sowietyzację kultury lokalnej, a ostatnio nawet liberalny multikulturalizm. Mołdawia zawsze istniała na pograniczu, zlewały się tam różne ludy, różne kultury. I prawie zawsze kontrolę pośrednią bądź bezpośrednią nad tą krainą sprawowały mocarstwa ościenne. Ale postłacińska kultura wywodząca się ze starożytnego Rzymu pozostaje najbardziej charakterystycznym czynnikiem tego regionu. Geto-Dakowie, jeden ze szczepów trackich, podbili plemiona zamieszkujące dzisiejszą Rumunię i Mołdawię w pierwszym wieku przed Chrystusem. Jakiś czas potem miejscowych pokonali Rzymianie i z części ziem utworzyli prowincję pod nazwą Dacja. Ale Rzym wycofał swoje legiony w IV wieku AD, a prowincja padła pod naporem barbarzyńców. Przez następne tysiąc lat była obiektem licznych najazdów. Jedni z napastników, Wołosi, dali początek miejscowej kulturze nowożytnej. Wpływ na te tereny wywierali też i Słowianie, głównie Rusini. W XIII w. Mołdawia popadła w zależność od Tatarów, których pozbyto się dopiero po dwustu latach. Wtedy Wołoszczyzna, Besarabia i Bukowina – aby zachować niezależność – wciąż balansowały między Polską a Turcją. W końcu jednak zwasalizowało je Imperium Osmańskie. Dopiero pod koniec XVIII i na początku XIX w. księstwa te zrzucają tureckie jarzmo – ale zastępuje je władza rosyjska. Większość ziemi rumuńskich, w tym Mołdawia, zostały uzależnione przez Moskwę. Dopiero w drugiej połowie XIX w. większość mołdawskich i wołoskich ziem zjednoczyło się jako Rumunia. Stopniowo kraj ten osiągnął niepodległość, chociaż Kreml zachował sobie południową część Besarabii w 1877 r.. Rumunia odbiła większość swoich ziem z rąk rosyjskich dopiero po upadku imperium Romanowów. Ale cieszyła się nimi niedługo. Po wybuchu II wojny światowej utraciła je ponownie w wyniku moskiewskiego zaboru w 1940 r., następnie odzyskała na króciutko (1941–1944), aby znów stracić na rzecz Związku Sowieckiego. Moskwa narzuciła Mołdawii wszystkie nieludzkie formy socjalizmu, które wypracowała w międzywojniu w ramach Mołdawskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, irrydentystycznym, czerwonym skrawku ziemi na wschodnim brzegu Dniestru. Dzisiejsza Mołdawia to postsowiecja, czy się nam to podoba, czy nie. Jej kultura została zsowietyzowana. Zresztą od dwustu lat poddawana była rusyfikacji, łącznie ze zmianą alfabetu łacińskiego na cyrylicę. Rusyfikacja i sowietyzacja najdalej zaszły w miastach. Na wsi więcej jest sowieckiej rumuńskości. Rumuńska świadomość najsilniejsza jest na zachodnich obszarach kraju. Gdzie indziej dominuje postsowieckie zruszczenie, a ponadto istnieją zsowietyzowane enklawy mniejszości tureckiej Gaugazów i Bułgarów na południu, oraz rosyjsko-ukraińska de facto autonomia w Transnistrii na wschodzie. Największym „osiągnięciem” komunistów jest fikcja języka „mołdawskiego,” który się przeciwstawia rumuńskiemu. Co najsmutniejsze „mołdawska” narodowość, kultura i język stały się postkomunistyczną przeciwwagą nacjonalizmu rumuńskiego, który zaczął walczyć o zjednoczenie z Macierzą pod koniec lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ale postkomuniści i mniejszości narodowe przestraszyły się rumuńskiego nacjonalizmu i poczęły popierać fikcję mołdawskości. Od 1994 r. „mołdawskość”, czyli odgrzana sowiecka wersja historii i kultury ziem zagrabionych, zaczęła, wraz z powrotem do władzy komunistów, oficjalnie funkcjonować jako „religia” państwowa. Współczesną, nowoczesną „mołdawskość” polano sosem liberalnego relatywizmu i multikulturalizmu. Włączono w nią mniejszości narodowe, a konstytucja gwarantowała pluralizm etniczny, religijny i kulturowy. Na jego straży stali postkomuniści, spadkobiercy przecież totalitarnej urawniłowki. Robili wszystko, aby świadomość mołdawska (rozumiana jako postsowieckość) stała w sprzeczności ze świadomością mołdawską (rozumianą tradycyjnie, czyli po rumuńsku). Powstała sytuacja patowa. Narodowcy rumuńscy gniewnie odrzucili „mołdawskość”. Postkomuniści ją propagowali, głównie jako instrument legitymizujący ich władzę. Bo przecież opcją logiczną byłoby uznać za nielegalny rozbiór Rumunii w roku 1940 i starać się o zjednoczenie z Bukaresztem. Ale wtedy trzeba by uznać prymat opcji narodowej. Na to się nie zanosi. Byłby to koniec Mołdawii jako osobnego państwa i koniec władzy postkomunistów postsowieckich. To ucieszyłoby nacjonalistów, którzy wolą rządy choćby i nawet postkomunistów rumuńskich w ramach zjednoczonego kraju. Jednak w międzyczasie Rumunia weszła do Unii Europejskiej. Mołdawia ma nadzieję podążyć tym samym tropem. Tymczasem Bruksela dąsa się na rumuńskich nacjonalistów. Paradoksalnie „mołdawskość” ma dużo większą szansę – jako ideologia państwowa – zaprowadzić Kiszyniew do tego samego celu, do którego dotarł już Bukareszt. I tak to sowiecki konstrukt imperialny poczuje się świetnie w klimacie liberalizmu Unii Europejskiej, inaczej niż rozwiązania narodowe, a szczególnie antykomunistyczne. Żarty? Wystarczy popatrzeć, jaką furię wywołał u postkomunistów i „Europejczyków” dekret p.o. prezydenta Mihai Ghimpu uznający 28 czerwca jako Dzień Sowieckiej Okupacji. A jeszcze większą – obietnica wybudowania pomnika ofiar komunistycznego totalitaryzmu w Kiszyniowie. |
Napisz do autora |