– Niedawno wydał Pan na Węgrzech książkę „Miesiące nadziei… Ruch Solidarność a polityka sowiecka (1980–1981)”. Skąd zainteresowanie „Solidarnością”?
– Jeszcze w czasie studiów zacząłem się interesować historią Polski i po jednej wycieczce do Krakowa zdecydowałem, że nauczę się języka polskiego. Później dostałem się na polonistykę. Dlaczego zajmowałem się właśnie historią „Solidarności”? Bo widziałem, że ten temat jest najważniejszym i najpiękniejszym rozdziałem historii Polski w XX wieku, a u nas mało o nim wiemy. W mojej pracy doktorskiej tłumaczę, dlaczego właśnie w Polsce powstał tak ogromny ruch społeczny, czym polski kryzys różnił się od procesów zachodzących na Węgrzech w 1956 r. i w Czechosłowacji w 1968 r., czym była idea samorządności pracowniczej, a także czy była jakaś alternatywa stanu wojennego oraz dlaczego Armia Radziecka nie wchodziła do Polski w 1980–1981.
– Jaki jest dziś stosunek Węgrów do Polaków?
– To trudne pytanie. Oczywiście wielu wie o historycznej przyjaźni polsko-węgierskiej i zna wierszyk: „Polak-Węgier dwa bratanki…”, ale trudno osądzić, jaki jest głębszy stosunek Węgrów do Polaków. Po upadku poprzedniego systemu społeczeństwo i szkolnictwo węgierskie zostało nadmiernie zorientowane na zachód i niestety mniej zwracamy uwagę na starych przyjaciół. To ogromny błąd. Na szczęście parlament węgierski i polski sejm przyjęły deklarację uznającą 23 marca Dniem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, w Györ odsłonięto pomnik Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. To może pomóc w umocnieniu dobrych stosunków między nami.
– Co Węgrzy myślą o „Solidarności”? Co na ten temat wiedzą?
– Niewiele. Z jednej strony dlatego, że ówczesna cenzura mocno ograniczała informacje z Polski a węgierska partia komunistyczna rozwinęła ogromną kontrpropagandę, głosząc, że wydarzenia w Polsce obniżą stopę życiową Węgrów. Bo Polacy tylko strajkują, a Węgrzy muszą więcej pracować, by utrzymywać leniwych Polaków. To było kłamstwo, ale większość społeczeństwa węgierskiego uwierzyła w te antypolskie frazesy. W szkołach, nawet na uniwersytetach mało uczy się o historii Europy Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że moja książka pomoże to zmienić.
– Czy „Solidarność” można porównać do czegokolwiek w pańskim kraju?
– Nie. Fenomen „Solidarności” nie ma odpowiednika w regionie, być może nawet na świecie. Tak ogromnego ruchu społecznego, oddolnie samoorganizującego się nie było nigdzie. To bezprecedensowe, że robotnicy, rolnicy i Kościół katolicki stworzyli tak silny sojusz przeciwko istniejącemu systemowi. Powstanie węgierskie z 1956 roku różni się od „S” tym, że to reformatorzy partii na czele z Imre Nagym zainicjowali zmiany a powstanie wybuchło wtedy, gdy konserwatyści chcieli odwrócić przebieg wydarzeń. Robotnicy dopiero po stłumieniu powstania (po 4 listopada) zorganizowali się w fabrykach i inteligencja nawiązała z nimi kontakt. Ruch został zdławiony przez Jánosa Kádára. W Polsce wszystko działo się odwrotnie. Zmiany inicjowane oddolnie przez robotników i inteligencję były znacznie większe, szersze niż węgierskie. Właśnie dlatego to bardziej interesujące.
– Jak można porównać węgierską i polską drogę do wolności?
– Na Węgrzech podczas powstania zginęło 2700 ludzi. Zdławiono wszystkie wolności, alternatywy, kościoły. Wykonano prawie 300 wyroków śmierci, na zachód wyemigrowało około 200 tysięcy Węgrów. Zakończono kolektywizację rolnictwa. Społeczeństwo zostało złamane, inteligencja zamilkła albo wstąpiła do partii. Na ruch opozycyjny podobny do polskiego nie było szans. Na Węgrzech nie było Marca ’68. Ale w przeciwieństwie do Polski partia węgierska wypracowała i wprowadziła do życia reformę gospodarczą w 1968 r., w wyniku której stworzyła fundamenty komercjalizacji i społeczeństwa konsumpcyjnego. Ta polityka zapewniła Węgrom wyższy poziom życia niż w innych krajach socjalistycznych. Jednak po pewnym czasie wyszło na jaw, że w ramach RWPG tego systemu nie można utrzymać, dlatego rząd węgierski wziął wielkie kredyty, tak jak Polska za Gierka.
Na Węgrzech w sklepach były towary i nie istniała silna opozycja. W Polsce w ramach „Solidarności” z jednej strony został zaproponowany socjalizm rynkowy, a z drugiej samorząd pracowniczy. Stan wojenny zablokował to myślenie, ale problemy gospodarcze także nie zostały rozwiązane i kilka lat później zmusiły kierownictwo partyjne do pójścia na nowe kompromisy.
– Czy obecne elity polityczne rządzące w Budapeszcie miały w młodości jakiś związek z „S”?
– Węgierscy młodzi liberałowie mieli związki z „Solidarnością”, często jeździli do Polski. Tam nauczyli się drukowania i przetłumaczyli na węgierski kilka ważniejszych polskich pozycji opozycyjnych. Na Węgrzech nie było ważnego ruchu opozycyjnego, to „Solidarność” dała im rozmach. Jest jeszcze jedna ogromna różnica – węgierska opozycja demokratyczna nie miała żadnego związku z robotnikami. Istniało małe grono inteligencji (historycy, pisarze), którzy mocno sympatyzowali z „S” i próbowali zwracać uwagę społeczeństwa na wydarzenia polskie. Warto przypomnieć, że w latach 80. „S” była dla liderów obecnie rządzącej partii Fidesz przykładem godnym naśladowania. Po stanie wojennym zaczęli uaktywniać się na swoim uniwersytecie i w 1988 roku krakowski historyk, Wacław Felczak zaproponował, by stworzyli partię. Felczak w czasie II wojny światowej był kurierem między rządem RP na emigracji a krajem, szlak prowadził przez Węgry, w łączności pomagał początkowo węgierski rząd. Później utrzymywał swoje kontakty z Węgrami.
Miklós Mitrovits (1978): historyk, polonista. Ukończył studia na wydziale historii Uniwersytetu ELTE w Budapeszcie, w 2009 roku otrzymał tytuł doktora w ramach programu historii Europy Środkowo-Wschodniej XIX i XX wieku. |