Tygodnik Solidarność Nr 11 (1118) 12 marca 2010

 
Wydrukuj artykuł
Wydrukuj
KRAJ

 
Komisja jednak odsłania Jakub Jałowiczor

Komisja hazardowa działa lepiej, niż można się było spodziewać. Mimo starań rządzącej partii, prawda o aferze wychodzi na jaw.


Kiedy komisja śledcza mająca wyjaśnić aferę hazardową zaczynała pracę, zadanie wydawało się niewykonalne. Wyrzucanie ze składu posłów opozycji, dziwaczny tryb prac (dziesięciominutowe serie pytań niemal uniemożliwiające przyciśnięcie świadka do muru) i nieskrywany opór polityków PO wobec wzywania do złożenia zeznań partyjnych kolegów i zwierzchników – wszystko to nie napawało optymizmem osób, którym zależało na dotarciu do prawdy o nielegalnym lobbingu w sprawie dopłat do jednorękich bandytów. Jednak wskutek działania komisji, a także dzięki zainteresowaniu sprawą dziennikarzy, wyszło na jaw sporo niewygodnej dla polityków prawdy.

Ręka, noga, mózg afery
Ryszard Sobiesiak to wdzięczny materiał na głównego winnego. Arogancki styl bycia i kłopoty z odczytaniem gotowego tekstu przemówienia sprawiają, że bez dysonansu poznawczego można uwierzyć w jego winę i uznać go za króla hazardu. Jednak blokowanie dopłat do automatów o niskich wygranych było operacją dość skomplikowaną. Powstaje zatem pytanie, czy człowiek pokroju Sobiesiaka mógłby być mózgiem takiego przedsięwzięcia. W cieniu wyrazistej postaci byłego piłkarza pozostaje drugi z hazardowych biznesmenów nagranych przez CBA, Jan Kosek. Ze słynnych stenogramów opublikowanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że podczas szykowania intrygi wymierzonej w wiceministra Jacka Kapicę to Kosek dyktował Sobiesiakowi, jak należy postąpić. Kim jest człowiek, który wydawał polecenia Sobiesiakowi?
Zbigniew Chlebowski zeznał przed komisją, że zafascynował go dorobek naukowy Koska. To możliwe, pod warunkiem, że Chlebowski interesował się rolnictwem. Jan Kosek jest bowiem doktorem nauk rolniczych i byłym wykładowcą krakowskiej Akademii Rolniczej (obecnie Uniwersytet Rolniczy). W latach dziewięćdziesiątych zostawił naukę i przeszedł do biznesu. Obecnie jest właścicielem firm prowadzących działalność związaną z hazardem (w Zabierzowie mieszczą się cztery tego typu przedsiębiorstwa, w których Kosek pełni ważne funkcje).
W sprawie hazardu Kosek oficjalnie interweniował w Ministerstwie Finansów, gościł na posiedzeniach rad miejskich w miejscowościach, gdzie zamierzał otworzyć lokale. Radni podwarszawskiego Piaseczna pamiętają jego grubiańskie zachowanie po tym, jak nie uzyskał zgody na uruchomienie tam budek z jednorękimi bandytami.
W przeciwieństwie do Ryszarda Sobiesiaka, Kosek nie stawił się przed sejmową komisją, przedstawiając zaświadczenie lekarskie. Jego wizerunek pozostaje nieznany większej części opinii publicznej.
– To sytuacja znana z praktyki wymiaru sprawiedliwości, czasem karze się rękę, a nie głowę – mówi „TS” poseł Zbigniew Wassermann. Dodaje, że Jan Kosek zostanie przesłuchany – komisja wybierze się do niego do Krakowa.

Walił krechę na dwa razy
Kontakty z Ryszardem Sobiesiakiem to nie jedyny kłopot Mirosława Drzewieckiego. Według zeznań gangstera znanego jako Waluś, Drzewiecki był dobrym znajomym osób z łódzkiego półświatka. Żona Drzewieckiego prowadziła w tym mieście kawiarnię „Wiedeńska” mieszczącą się w samym centrum miasta, przy ulicy Piotrkowskiej, w bliskim sąsiedztwie komendy policji. Lokal przez kilka lat był miejscem spotkań „ludzi z miasta”, którzy obnosili się ze złotymi łańcuchami i bez skrępowania załatwiali przy stolikach lub przez telefon swoje interesy. Obecnie kawiarnia już nie istnieje.
Waluś twierdził także, że Mirosław Drzewiecki brał udział w imprezach gangsterów i zażywał podczas nich narkotyki. Dotychczas informacja ta krążyła w formie żartów na temat białego nosa byłego ministra sportu. Z zeznań Walusia wynika, że żarty są prawdziwe, bo Drzewiecki rzeczywiście wciągał kokainę. To jednak nie wszystko. Jak podaje „Super Express”, kontakty z łódzką ośmiornicą miał brat Mirosława Drzewieckiego, Dariusz, który miał pożyczać pieniądze od jednego z bossów gangu, Andrzeja M.

Kowal zawinił...
W sprawie Zieleńca zatrzymano już pierwszą osobę – Kazimierza W. Nie wiadomo tylko, czy jest on w całej aferze pionkiem, czy w ogóle nie ma z nią związku. Przypomnijmy – by wybudować wyciąg narciarski w Zieleńcu firma Ryszarda Sobiesiaka Winterpol wycięła pół hektara lasu leżącego na terenie objętym programem Natura 2000. Przedsiębiorstwo nie otrzymało zgody od lokalnych władz, więc – według „Rzeczpospolitej” – najpierw ścięto drzewa, a po fakcie Sobiesiak zgłosił się w tej sprawie do Mirosława Drzewieckiego. Dzięki jego interwencji miał dostać zgodę na wycinkę lasu, która już się dokonała. Zatrzymany w związku z tą sprawą Kazimierz W. to nadleśniczy z nadleśnictwa Zdroje w Kotlinie Kłodzkiej. Według rzecznik wrocławskiej prokuratury Małgorzaty Klaus, zarzuty dotyczą niereagowania na wycinkę prowadzoną przez Winterpol. Zatrzymanie nadleśniczego w sprawie, w której winni są najprawdopodobniej ludzie z najwyższego szczebla władzy, sprawia wrażenie szukania kozła ofiarnego. Świadczy jednak o tym, że władze nie mogą po prostu przejść nad zieleniecka aferą do porządku dziennego. To napawa optymizmem.