Nr 19 (1024) 9 maja 2008

KRAJ

Reprywatyzacja powraca. Inicjatorka Powiernictwa Polskiego uznaje, że przyszła ustawa nie zabezpieczy nas przed niemieckimi roszczeniami: potrzeba osobnej ustawy uwłaszczeniowej, która nadrobi zaniedbania PRL
Piekło właścicieli czy... podatnika
Wersja do druku Łukasz Perzyna

Ustawa reprywatyzacyjna ma być gotowa za kilka miesięcy. Sprawa byłaby dawno rozstrzygnięta, ale za rządów AWS zawetował ją Aleksander Kwaśniewski. Zwykły Polak na zwrot majątku dawnym właścicielom patrzy przez pryzmat roszczeń, które jako podatnik będzie musiał sfinansować.

Wywłaszczenie następowało błyskawicznie, gdy czarne citroeny rankiem zabierały właścicieli do Urzędu Bezpieczeństwa. Zwrot przeciąga się - w wypadku spadkobierców braci Jabłkowskich, właścicieli domu handlowego porównywanego przed wojną z londyńskim Harrodsem i paryskimi Galeries Lafayette - nawet do osiemnastu lat. Tadeusz Koss na uznanie przez urzędników prawa do własności działki na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej - dziś kawałka parku pod Pałacem Kultury - czekał w nowej Polsce czternaście lat. Większość spośród ponad 50 tysięcy spadkobierców dawnych właścicieli nieruchomości i tak spogląda na nich jak na szczęśliwców.
- Zasądzony skutecznie majątek to w skali kraju tylko ułamek procenta - zauważa Sławomir Nitras, poseł PO z komisji skarbu.

Im później, tym gorzej
Polska pozostaje jedynym krajem spośród dawnych państw bloku wschodniego przyjętych do UE, które nie rozwiązało problemu rekompensat dla właścicieli odebranego w toku powojennych nacjonalizacji majątku, choć pojawiło się kilkanaście projektów. Ustawę reprywatyzacyjną rządu AWS, uchwaloną 11 stycznia 2001 r. zawetował ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Regulacja sprzed siedmiu lat - przewidująca zwrot majątków w naturze lub rekompensatę połowy ich wartości - zawęziła odszkodowania i restytucję mienia do tych dawnych właścicieli, którzy pozostawali obywatelami polskimi zarówno w chwili poniesienia straty, jak 31 grudnia 1999 r. Zapis ten zabezpieczać miał polskiego podatnika przed piekłem roszczeń.
- Podjęliśmy próbę generalnego rozstrzygnięcia sprawy raz na zawsze. A w sporze, zakończonym prezydenckim wetem poszło o kilkuset, góra kilka tysięcy uprawnionych. Gdyby nie weto Kwaśniewskiego, dziś byśmy problemu nie mieli - wspomina ówczesny minister skarbu Andrzej Chronowski. - Wtedy możliwości skarbu państwa były większe. Reprywatyzację można było przeprowadzić łatwiej i mniejszym społecznym kosztem.
Wystarczy porównanie dwóch liczb. Roczne dochody państwa z prywatyzacji w 2000 r. wyniosły 27 mld zł. Mniej więcej tyle samo rząd zamierza uzyskać z ogłoszonego niedawno przez Donalda Tuska planu prywatyzacji. Tyle że to program... czteroletni.
Bałagan w kwestii roszczeń wynika z ich zróżnicowania: dawni właściciele tracili majątki w wyniku powojennej nacjonalizacji, dekretu o reformie rolnej, bierutowskich dekretów o gruntach warszawskich, regulacji dotyczących majątków opuszczonych i innych wywłaszczeń, dokonywanych aż do 1962 r. Wielu ich potomków wystąpiło o rewindykacje do polskich sądów powszechnych lub Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (prawie 250 różnych roszczeń). Udało się im odzyskać stołeczny Hotel Europejski czy pałac w Rozalinie. 
Wielu zwolenników reprywatyzacji uważa, że ustawa zabezpieczy Polskę przed mnożeniem "dzikich" roszczeń. W wypadku kamienic w Krakowie zdarzało się przedstawianie fałszywych tytułów własności, w co zaangażowały się zorganizowane grupy przestępcze. Zaś organizacje żydowskie z USA domagają się przekazania im majątków obywateli, którzy zginęli bezpotomnie podczas wojny. Powiernictwo Pruskie optuje za objęciem dobrodziejstwem reprywatyzacji majątków wszystkich "wypędzonych", którzy nie zostali skazani za zbrodnie wojenne. Rewizjoniści lansują tezę, że wyłączenie ich rodaków z rekompensat oznacza dyskryminację narodowościową. W tej sprawie zapowiada się ich największa ofensywa od czasu podpisania przez kanclerza Brandta przed 38 laty układów wschodnich. Niejednoznaczne poparcie Polaków dla reprywatyzacji (58 proc. według Gfk Polonia) tłumaczyć można nie tylko obawami przed międzynarodowym kontekstem roszczeń.
- Wiele osób czuje się zagrożonych. Obawia się, że będzie ponosić koszty zdarzeń historycznych, na które nie miały wpływu - zauważa przewodniczący sejmowej komisji skarbu Tadeusz Aziewicz (PO).

Możliwości i zobowiązania
Wypłata rekompensat, przewidzianych w nowej reprywatyzacyjnej ustawie, potrwa 15-35 lat, co wiąże się nie tyle z możliwościami budżetu państwa, co żmudnym dochodzeniem stanu prawnego.
Mienia zabużan dotyczy inna, już uchwalona ustawa. Dysponują bonami, których jeszcze nie wyegzekwowali, a majątki, z których będą mogli skorzystać, pozostają w gestii samorządów, agencji rolnych czy mienia wojskowego.
- Mam stały kontakt z kresowianami, starszymi ludźmi, dla których jest to sprawa honorowa. Wiem, jaką przechodzą gehennę - podkreśla Andrzej Chronowski.
Przybliżoną wartość majątku, podlegającego reprywatyzacji, przedstawiciele resortu skarbu szacują na 60-80 mld zł. Przyznawanie rekompensat odbyć się ma w trybie administracyjnym, a nie sądowym. Rozsądna wysokość odszkodowań to 15-20 proc. wartości odebranego mienia.
- Wszelkiego rodzaju zobowiązania państwa muszą uwzględniać możliwości państwa. Przecież nie zamierzamy uchwalać ustaw, które będą niewykonalne - uzasadnia Marek Suski, poseł PiS z komisji skarbu.
- Kwota 15 procent pojawiała się w dyskusji. To roztropny kompromis między prawami dawnych właścicieli a możliwościami budżetu - przyznaje przewodniczący sejmowej komisji skarbu Tadeusz Aziewicz (PO). Czeka na projekt rządowy, więc nie chciałby przesądzać, czy będą tylko rekompensaty finansowe czy "miks rekompensat z restytucją". Ten drugi wariant uznaje za bardziej prawdopodobny. Oczywiście restytucja majątku wchodzi w grę, gdy da się on bez trudu wyodrębnić, a sam proces odbędzie się bez złych skutków społecznych. Jeśli w małej miejscowości, w dawnym dworze mieści się technikum, nikt nie wyrzuci stamtąd dzieci, żeby zrobić miejsce spadkobiercy właściciela. 
- Nastała moda na wyliczenia procentowe, ale ja wstrzymałbym się z nimi do momentu, gdy swoje oszacowania przedstawi minister skarbu Aleksander Grad. Wszyscy akceptują fakt, że to nie może być 100 procent - podkreśla Sławomir Nitras, poseł PO z komisji skarbu.
Z kolei Andrzej Chronowski zauważa, że dziś ten sam, co za jego rządów w resorcie wiceminister Krzysztof Łaszkiewicz zajmuje się tym samym, co wówczas - inwentaryzacją majątku. Obrazuje to, jak niewiele zrobiono w sprawie reprywatyzacji przez siedem lat: - A dotyczy to przecież ludzi starszych, którzy odchodzą - oburza się Chronowski.
Ustawy reprywatyzacyjnej można się spodziewać za kilka miesięcy. Liczba jej beneficjentów sięgnie 55 tys. - tyle, co ludności sporego miasta, co pokazuje najlepiej skalę problemu. - Musimy w tym procesie znaleźć złoty środek - podkreśla przewodniczący komisji skarbu Tadeusz Aziewicz.
- Przyszłość państwa dobrze budować na sprawiedliwych fundamentach.    

 

Nam nikt za wojnę nie zapłacił...

Rozmowa z senator DOROTĄ ARCISZEWSKĄ-MIELEWCZYK (PiS), założycielką Powiernictwa Polskiego

- Czy podziela Pani pogląd, że umiejętnie skonstruowana ustawa reprywatyzacyjna uchroni nas przed falą roszczeń?
- Ustawa reprywatyzacyjna nie uchroni nas przed roszczeniami niemieckimi. Dlatego powinna zostać poprzedzona inną ustawą - sankcjonującą własność obywateli Polski na jej terenie. Każdy musi być pewien, że również w Unii Europejskiej pozostanie właścicielem domu, w który przez lata inwestował, który często przejmował jako ruinę i własnymi rękami doprowadzał do dobrego stanu. Dopiero gdy taka ustawa uwłaszczeniowa zostanie uchwalona - będziemy mogli rozmawiać o reprywatyzacji.

- Dlaczego taką kolejność uznaje Pani za niezbędną?
- W innym wypadku osoby, które nie miały wpływu na to, że przez kilkadziesiąt lat nie byliśmy suwerenni - poniosą straty. Może dojść do sytuacji, że potomkowie mniejszości niemieckiej, która w 1939 r. zachowała się nielojalnie wobec państwa polskiego - odzyskają dawne domy, a dla ich obecnych właścicieli będziemy musieli ze swoich podatków budować bloki, żeby zapewnić im prawo do mieszkania. Tym samym - to my, już w czasie pokoju, okażemy się po raz kolejny ofiarami II wojny światowej.

- Czyli reprywatyzacja nie może stać się celem samym w sobie?
- Jako konserwatystka zawsze opowiadam się za poszanowaniem świętego prawa własności. Dostrzegam jednak dylematy moralne, jakie w dzisiejszej Polsce z tym się wiążą. Szkoda, że podobnie jak Węgrzy i Czesi nie rozwiązaliśmy tej kwestii przed wstąpieniem do Unii Europejskiej. Na Węgrzech i w Czechach katalog beneficjentów reprywatyzacji ograniczono wyłącznie do obywateli każdego z tych państw, mieszkających tam i płacących podatki. To jasna wykładnia, której w Polsce zabrakło. Proszę pamiętać, że obecny projekt reprywatyzacji będzie już dwudziesty z kolei. Niestety ustawy reprywatyzacyjnej nie da się napisać tak, żeby była sprawiedliwa. Zawsze ktoś okaże się poszkodowany, choćby dlatego, że czynimy to zbyt późno.

- Co powinno się zawrzeć w postulowanej przez Panią ustawie uwłaszczeniowej, która potwierdzi prawo własności, zwłaszcza obywatelom z ziem zachodnich i północnych?
- Klarowne stwierdzenie własności. Zamiana użytkowania wieczystego na własność. Trzeba pamiętać, że jesteśmy ofiarami urzędniczych zaniechań. Z ksiąg wieczystych powinny zniknąć stare, nieaktualne wpisy. Tymczasem często przenosi się je do nowej, komputerowej ewidencji. Nikt tego nie porządkuje, nie prowadzi kwerendy. Nie stwierdzono zasiedzenia majątku, opuszczonego w czasach PRL. Zaniedbano całościowe rozwiązania. Premier Jarosław Kaczyński słusznie domagał się, by Niemcy wzięli na siebie odpowiedzialność za wojnę i wynikające z niej zaspokajanie roszczeń swoich obywateli. Obecnie rządzący nie stawiają już sprawy tak jasno.

- Z kolei Powiernictwo Pruskie uważa, że reprywatyzacja powinna objąć wszystkich "wypędzonych", którzy nie byli zbrodniarzami wojennymi.
- Powiernictwo Pruskie tylko na to czeka. Posługują się pojęciem dyskryminacji. Teraz będą wygrywać procesy przed międzynarodowymi sądami. Odnoszę wrażenie, że według Powiernictwa Pruskiego zbrodniarzy wojennych w ogóle nie było. Albo tysiąc osób - bo taką liczbą się posługują - czyli mała grupka była odpowiedzialna za wywołanie wielkiej wojny światowej... Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Poettering zapowiedział, że Niemcy będą wykorzystywać ścieżki prawa unijnego. Już to robią. Rząd niemiecki odżegnuje się od całościowych roszczeń, co nie znaczy, że nie wspiera roszczeń cywilnych. Poettering powołał się na unijną Kartę Praw. Działa bardziej jak polityk niemiecki niż szef Parlamentu Europejskiego. Przemawiając na zjeździe wypędzonych, zabiega o skrajny, ale wciąż liczny elektorat. Sprawy roszczeń niemieckich obywateli nie chciała wziąć na siebie kanclerz Angela Merkel. Traktat o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 1991 r. nie zabezpiecza należycie polskiej własności. Jednak obecny premier ani rząd nie przejawiają chęci zajęcia się tym problemem. Tymczasem mieszkańcy ziem odzyskanych padają ofiarą zaniechań urzędników, którzy nie potwierdzili notarialnie przejęcia własności z rąk tych, którzy wiele lat po wojnie wyjechali do Niemiec, żeby polepszyć sobie byt i zrzekli się obywatelstwa. Widzimy to w sprawie Agnes Trawny: mieszkańcy jej dawnego domu będą musieli się wyprowadzić do 1 stycznia 2009 r.

- Jeśli spojrzy się na reprywatyzację, której beneficjentami staną się Polacy - jaka powinna być w przyszłej ustawie wysokość rekompensaty?
- Dawni właściciele nieruchomości i fabrykanci uważają, że nawet 50 procent to dla nich za mało. Żaden wariant nie będzie sprawiedliwy. Nie znam projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Mam nawet wrażenie, że do słów o zwrocie majątków - wypowiedzianych przez premiera Donalda Tuska na obcej ziemi - próbuje się teraz pospiesznie dopisać ustawę.

- Jakie są możliwości budżetu?
- Co do metod reprywatyzacji, warto wziąć pod uwagę - najmniej dla budżetu dotkliwe - rozwiązania, które rozważane były w 1997 r., gdy zaczęto nad tą kwestią pracować za rządów AWS. Pojawiły się propozycje, żeby rekompensatę przekazać w formie bonów i leżących odłogiem gruntów czy zaniedbanych budynków, pozostających w gestii agencji rządowych. Dla podatnika byłoby to najmniej kosztowne. Najbliższe też pojęciu sprawiedliwości. Nam, Polakom, nikt przecież nie zapłacił odszkodowań ani reparacji za wojnę. Ani Niemcy, ani Rosjanie. Jeśli tylko nam zapłacą - my też będziemy mogli wszystko, co się komu należy, zwracać z nawiązką.

 


Napisz do autora